Tak. Będę krytykiem powieści (“nie zbioru opowiadań!”, jak to kategorycznie stwierdzono przed spotkaniem premierowym) mojego kolegi, znaczy się Michała Zygmunta. Postać nietuzinkowa, to na pewno można o nim powiedzieć, a nie oddaje to nawet procentu tego co trzeba by o nim powiedzieć. Postać niejednorodna, wielokrotnie zmieniała ona swój styl i poglądy – zaliczone subkultury to m.in. metal, depeszowiec i skinhead (były członek Młodzieży Wszechpolskiej i dla równowagi Zielonych) – przynajmniej on tak twierdzi. Ledwo niedoszły Prezydent Miasta Wrocławia z ramienia KW “Gwiazdy we Włosach”. Zdecydowanie niekwestionowany autorytet moralny.
No ale, będąc niezależnym, profesjonalnym i stuprocentowo obiektywnym krytykiem mogę zapewnić, że moja osobista znajomość z tym delikwentem, którego umownie nazwiemy Michasiem, nie ma i nie będzie mieć żadnego wpływu na rzeczową i bezkompromisową krytykę tego nędznego dziełka, które śmie się zwać “powieścią”, nie zasługując nawet na epitet “książka trzeciej kategorii” czy “piąta woda po kisielu dla romansideł Harleqina”, pfy.
To powyżej to oczywiście moja propaganda. Jeżeli chodzi o propagandę promującą, to trzeba przyznać, że jest całkiem nieźle przygotowana. “Zakazana literatura IV RP”, “Pierwsza Polska powieść antykaczyńska”, “powieść wykształciuchów” krzyczą blurby na okładkach książki. Premiera, która odbyła się w REDakcji Krytyki Politycznej była dość mocnym wejściem, głównie za sprawą gości – towarzysza posła Gadzinowskiego i (spóźnionego) Waldemara “Majora” Frydrycha. Po spotkaniu zasłyszałem rozmowę między organizatorami, że akcja “z osobami kontrowersyjnymi” wypaliła. Co prawda nacisk dyskusji padał na aspekt stricte polityczny, albo (w trakcie rozmowy z prowadzącym autora) na bardzo specjalistyczny – ani autor , ani część widowni (mówię za siebie) nie zrozumieliśmy 90% terminów, zapewne polonistyczno-literaturoznawczych, użytych przez prowadzącego, co jednak nie przeszkodziło w prowadzeniu bardzo interesującej dyskusji polityczno światopoglądowej. Było o Frakcji Czerwonej Armii, o tym że Michał Zygmunt nie jest pseudonimem, co zaskoczyło tow. Gadzinowskiego, o pośle Iwińskim (zgryźliwa konwersacja Frydrycha i tow. Gadzinowskiego), a zakończyło się oglądaniem przez część uczestników meczu Polska-Kazachstan lub dyskusją nt. polskiej literatury czy czegoś tam – reszta uczestników w kuchni. Autor był z nami rzecz jasna. Pieklił się, jak te jupitery wyłączyli.
Wracając z Krytyki dzierżyłem już pod pachą własny egzemplarz “New Romantic”, z osobistą odautorską dedykacją “Towarzyszowi Radzieckie-mu w uznaniu zasług”. Zresztą przeczytałem podczas meczu ponad połowę, reszta musiała tydzień mniej więcej poczekać, aż znalazłem czas.
Tak więc, jest to typowe political fiction. Polityczne (i fikcyjne, rzecz jasna) są dwa z trzech opowiadań, a to trzecie (którym zajmę się na końcu), też jakieś tam podłoże polityczne ma. Pierwsze opowiadanie, tytułowe, jest historią morderstw. Oczywiście fabuły nie zdradzę (ha, ha!), ale przyznam, że świat wykreowany przez Michała Zygmunta wciąga. Przełyka się go gładko, ma charakter, bo ja wiem, reportażu z Wysokich Obcasów, szczególnie w przypadku opisów postaci. Człowiek zapomina, że jest to political-fiction.
Nie jestem osobnikiem bardzo oczytanym, zapewne więc wiele aspektów postrzegania tej książki, wiele nawiązań i pastiszów nie dostrzegłem. Nie można jednak przeoczyć chociażby skopiowanych niemal słowo w słowo opisów morderstwa Kaczyńskiego(=JFK) czy rewolty przy pubie Angel (= Christopher Street). Rzecz jasne nie mówię, że książka jest zbudowana z innych rzeczy. Wydaje mi się raczej, że Zygmunt wskazuje na to, że niektóre zjawiska są powtarzalne, wręcz łudząco podobne, co upraszcza do zwykłego historycznego ctrl+c, ctrl+v.
Druga część mówi o przyszłej Polsce. O ile w pierwszej bojówki socjalistyczno-anarchistyczno-gejowskie organizują zamachy, to tu jest Polska, gdzie wsadzanie gejów do obozów koncentracyjnych doprowadza do rewolucji, a następnie do takich wydarzeń, że nawet obecna Młodzież Wszechpolska nie ma takich koszmarów. Premier jako męczennik. Fragmenty materiałów szkolnych z 2034 roku. Wypis z przyszłej wikipedii. Ta część jest stworzona po części w formie bieżącego reportażu dziennikarskiego, po części w formie reportażu historycznego. Bohater jest właściwie obserwatorem, jako dziennikarz zagraniczny, tak więc czytelnik nie utożsamia się z nim bardzo, tym bardziej, że w trakcie pojawiają się inni.
Sam autor powiedział, że jest to w pewnym rozumieniu powieść popularna. Powieść, którą może przełknąć większość społeczeństwa, nie tylko pseudoelity łżeinteligenckich wykształciuchów. Powieść polityczna, pisana przez lewaka. Atakująca prawicę i atakująca lewicę. Może i nawet bardziej niż prawicę. Zygmunt, jak pisze Łukasz Andrzejewski w przedmowie, jest niepoprawnym romantykiem, sam wybiera Westerplatte. Jego postacie są idealistyczne. Misu, bohater pierwszej części może być mylony z autorem – wszak nosi to samo imię, a co ważniejsze, ten sam nick, co obecnie częściej jest poszlaką do utożsamiania niż to samo imię czy nawet (!) nazwisko. Misu nie jest co prawda Zygmuntem, ale idealizm mają wspólny.
Tym na co chciałbym zwrócić szczególną uwagę, jest trzecia część, jak to ujął poseł Gadzinowski, “truptyku, bo trup ściele się tu gęsto”. Zatytułowana mrocznie, tzn. “Strach”. Jest to zdecydowanie najmniej, (a może właśnie przez to najbardziej?) polityczna część. Nie padają tu raczej nazwiska polityków, ba, cały świat zewnętrzny jakby znika. Scena zamyka się do niewielkiego światka szkolno-podwórkowego dorastającego chłopaka, jego wrogów i przyjaciół. Jest wręcz psychologiczna. O fabule tej części opowiem najmniej, bo uważam, że jej zasługuje na najwyższą uwagę każdego i u każdego na świeże podejście. Naprawdę warto ją wchłonąć w siebie. Mówi o naszym świecie wiele, może nawet więcej niż dwie poprzednie części.
Cóż, jak mogę podsumować tę całkowicie niespójną i chaotyczną recenzję?. Nietrudno domyślić się czytelnikowi, że książkę gorąco polecam. Dlaczego nie piszę o jej wadach? Być może jakieś są, ale ja zawsze byłem zdania, że jeżeli książka wciąga i podoba się, to czy warto na siłę szukać luk w stylu, w okładce czy cholera wie w czym? Porządny kawałek, a wręcz mokry, ociekający krwią, potem i w niewielkim stopniu także spermą kawał dobrej literatury. Naprawdę gorąco polecam, literacki nobel dla Zygmunta powinien być postulatem każdej partii startującej w wyborach!