Archiwum kategorii 'polityka'

Powstanie warszawskie

Od dawna nie pisałem. Do napisania tego posta skłoniła mnie lektura tego postu Walkera (Marcina Pośpiecha).

Przedstawia on dokładnie typowe Polskie postrzeganie kwestii Powstania Warszawskiego – którego wybuchu rocznicę obchodzimy – jako bohaterskiego zrywu, który spełz na niczym wskutek obojętności i zdrady sojuszników – zarówno zachodnich, jak i wschodniego.

Jest to sposób postrzegania owego tragicznego zrywu bardzo miły polskiemu uchu – wszak nie od dziś wiadomo, że nasz naród uwielbia celebrować klęski, a przede wszystkim klęski które stały się nimi wskutek zdrady – a były moralnym zwycięstwem. Niemal wszystkie nasze powstania świetnie się w ten wzór wpisują – zdrajców oczywiście zawsze doszukujemy się zarówno wśród swoich, jak i wśród świata zachodu.

I o ile powstania dziewietnastego wieku już w naszej pamięci przyschły – i mniej się mówi o zdradzie w ich przypadku, to jeżeli chodzi o powstanie warszawskie – tutaj nie ma wątpliwości – zdrajcy to zarówno Alianci Zachodni, jak i arcyzdradzieckie Imperium Sowieckie na wschodzie. Tutaj nawet nie doszukujemy się żadnych zdrad u siebie – nie trzeba, bo zdrada sojuszników jest bezmierna i jest jej bezmiar wielki.

Przy czym szczególnie zwracamy się przeciwko aliantom zachodnim. Podkreślamy nasze niewątpliwe zasługi w walce przeciwko państwom Osi, zasługi które stawiają nas w gronie najbardziej bohaterskich narodów tej wojny – i przeciwstawiamy to “sprzedawczykom”, którzy bez słowa protestu na kolejnych konferencjach pokojowych sprzedawali nas Czerwonemu Bratu. Czerwonemu Bratu, który miał stalinowska twarz bezmyślnego, psychopatycznego dyktatora, a którego brudne łapy bolszewickiego barbarzyńcy wciąż spływały krwią pomordowanych w Katyniu, Charkowie i Miednoje…

Dość. Te obrazy, choć faktycznie wywierające silne wrażenie na Polski umysł, są w bardzo niewielkim stopniu prawdziwe. Fakt, że w II Wojnie Światowej ponieśliśmy porażkę sprawił, że bardzo chętnie szukamy winnych wśród naszych sojuszników – pomijając fakt, że nikt tak naprawdę nie jest tej porażce jednoznacznie winien.

Marcin Pośpiech, opierając się zapewnie przede wszystkim na wspomnianym w bibbliografii prof dr Andrzeju Targowskim (choć ponieważ nie znam jego prac, trudno mi ocenić, co pochodzi od niego, a co od od samego Marcina) nazywa cele Stalina “chorymi i pozbawionymi jakiejkolwiek argumentacji“. Trudno o stwierdzenie bardziej mylne – choć sam Stalin cierpiał na manię prześladowczą, trudno mu odmówić prowadzenia spójnej  i zdecydowanie rozsądnej (z punktu widzenia ZSRR) polityki zagranicznej.

Trudno bowiem się byłoby spodziewać, że będzie on prowadził politykę “propolską”. Stalin chciał zabezpieczyć ZSRR status hegemona na terenie całej Europy Wschodniej – i plan ten wykonał doskonale. Dlatego też, co dla nas jest niezrozumiałe, nadal jest on bardzo sznanowany jako przywódca w Rosji, i to nie tylko przez postkomunistów. Tak jak w Polsce – nie wszyscy zgadzamy się z ideami głoszonymi przez Józefa Piłsudskiego, ale wszyscy szanujemy jego zasługi dla odzyskania przez nas niepodległości.

Mylne jest również przekonanie, że alianci zachodni “sprzedali Polskę”. Zacząwszy od zupełnie bzdurnego zarzutu “Związek Radziecki niemal zażądał, aby nasza ojczyzna znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej. Niestety zarówno prezydent Franklin D. Roosevelt, jak i premier Winston Churchill, przedstawiciele odpowiednio USA i Wielkiej Brytanii, ulegli Stalinowi.” - z całym szacunkiem, ale patrząc realnie na mapę Europy, tylko idiota uważałby, że jakakolwiek armia aliancka miałaby mieć coś do czynienia z Polską. Bajki o froncie bałkańskim wsadźmy do kieszeni – po pierwsze, Alianci sami rozpowszechniali plotki o nim żeby odciągnąć uwagę Niemców od Normandii, po drugie – od kiedy z Bałkanów idzie się do Niemiec przez Polskę?

Twierdząc, że Polska miałaby się znaleźć poza strefą działania Armii Czerwonej równie dobrze mogliśmy się spodziewać że przez nasz kraj będzie szedł szlak armii Chińskiej. Tak czy inaczej – tutaj nie było innej opcji. Nie znaczy to jednak, że alianci zrezygnowali ze starań o naszą wolność. Również (co pewnie dla niektórych będzie nowością) widzieli zagrożenie ze strony zbyt silnego ZSRR – i wbrew pozorom starali się Europę Wschodnią przed radziecką dominacją uchronić.

Trzeba jednak pamiętać jednak, jak wyglądąła w tym czasie sytuacja wojenna. Łatwo mówić Polakom, że trzeba było stawiać ZSRR bezkompromisowe warunki – w sytuacji, gdy to właśnie wschodni sojusznik trzymał na sobie cały ciężar wojny. To on posiadał największą siłę militarną – i to on dyktował warunki. Alianci zachodni, chroniąc Polskę, nie mogli stawiać na szali losów całej Europy – starali się więc zachować pewną równowagę. Trudno ją zachować, gdy po drugiej stronie stoi drapieżny niedźwiedź – trzeba jednak stwierdzić, że Zachód starał się jąutrzymać, chroniąc Polskę – która ze swojej strony wcale nie ułatwiała mu zadania.

Rząd emigracyjny był bardzo chwiejny i wewnętrznie skłucony – byli w nim działacze zarówno centrolewu, jak i sanacji i inni – i każdy z nich miał swoją wizję stosunków wobec ZSRR – jednak żadna z tych wizji nie  była realistyczna. Owszem – trudno się spodziewać po nich rezygnacji w obliczu nieuchronnej klęski – gdyż taka postawa nie jest zbyt znana Polakom – jednak z drugiej strony owa klęska faktycznie była nieuchronna – a pretensje możemy mieć jedynie do świata, który w takiej a nie innej sytuacji geopolitycznej nas usadził.

Powstanie warszawskie było kolejnym aktem dziecinnego nieposłuszeństwa jakim Polska popisała się wobec aliantów. Marcin wspomina, że “prowadzili oni [Alianci] niemal takie same operacje wojskowe w krajach, takich jak: Albania, Czechosłowacja, Francja, Grecja, Włochy, Norwegia czy Jugosławia” – i to jest prawda. Trzeba jednak pamiętać, że tamtejsze organizacje podziemne ściśle z Aliantami współpracowały – a Armia Krajowa zawsze podkreślała swoją niezależność. Może to i piękne i wzbudza dumę w każdym Polaku – ale z punktu widzenia operacji wojskowych, liczy się przede wszystkim współpraca i podporządkowanie dowódcom.

Nie należy się zatem dziwić Aliantom, których zirytowała lekkomyślna polska operacja – operacja, która nie mieściła się w wyznaczonych planach – zarówno tych strategicznych, jak i politycznych – a  wręcz je torpedowała. Marcin wspomina, że Stalin “podejrzewał podstęp ze strony swoich zachodnich sojuszników” - mówiąc wprost, trudno mu się dziwić – tak poważna operacja wojskowa nie powinna być przeprowadzana bez konsultacji z sojusznikami. brew popularnym twierdzeniom, Armia Czerwona nie zatrzymała się od tak, z niczego – w tamtym okresie Niemcy przygotowali w rejonie Warszawy kontratak, który zatrzymał na jakiś czas postępy ZSRR.

Kolejne twierdzenia można by obalać bez końca – warto jednak to podsumować. Trzeba pamiętać, że Polska nie padła ofiarą zdrady – a złych okoliczności. Alianci w miarę swoich możliwości próbowali Rzeczpospolitą ochraniać – a ponieważ warunki jakie udało im się wynegocjować były dla nas nie do przyjęcia, trudno się dziwić, że nie postawili sprawy na ostrzu noża i nie wywołali kolejnej wojny.

Jestem pewien, że każdy wpływowy zachodni urzędnik – czy to premierzy Wielkiej Brytanii, czy też Prezydenci Stanów Zjednoczonych tego okresu chętniej widzieliby w Polsce demokratyczny rząd. Jednak okoliczności doprowadziły do tego, że aby go tam zobaczyć musieliby prawdopodobnie wywołać wojnę ze Związkiem Radzieckim, który realizował u nas swoje imperialne zapędy. Tego nie zrobili – i chwała im za to.

English subjects of the blog posts are shpaner’s?

Hej, tym razem coś ode mnie. Będzie po trochu o wszystkim.

Numero uno, żałoba. Powiedziałbym że to absurd, gdybym nie wiedział, że to norma. Powiedziałbym, że absurdem jest medialna nagonka, gdyby to nie była oczywistość. Niekoniecznie oczywista, ale jednak.

Duet – studia. Zaliczone większość rzeczy, w przyszłym tygodniu egzaminy dwa, potem jeszcze jeden. Tyle.

Trio.  Generalnie życie jest nadal tak piękne jak zawsze, i to bynajmniej nie dlatego żeby mi się jakoś specjalnie powodziło (info dla depresyjniaków co pomyśleli “temu to dobrze”), tylko dlatego, ze taki jest jego parszywy, ale zawsze, charakter.

I na tym zakończę, bo jeżeli przestaję pisać i zastanawiam się co pisać dalej, to  wiem że potem będzie nudno.

Niesmak

… nie za bardzo wiadomo czym spowodowany. Chodzi o politykę. Wygrało PO, które teraz z PSL zrobi sobie rząd.

Głosowałem na Tuska.

Więc skąd ten niesmak?

Nie do końca wiem. Wygrali, ale w ich, a szczególnie Tuska zachowaniu jest takie coś,  co mnie odrzuca. Jakaś taka… bezradność? Zagubienie? Może nie są to dobre słowa, ale w tej sytuacji brakuje tego właściwego słowa, które oddało by moje wrażenia, które odnoszę widząc nową partię rządzącą.

Może to jest efekt słynnej choroby Polaków – rządzący znaczy zły?

Łudziłem się nadzieją, że Donald Tusk zadziała odważnie. Zadziała, jak, nieprzymierzając – Sarkozy. Że nie poprzestanie na tym co się chce i co trzeba. Że pójdzie dalej i np. stworzy jakąś koalicję z LiD. Może nie formalną koalicję, ale np. powołanie ministrów spośród lewicy, a nie brakuje tam ekspertów, było by IMHO dobrym posunięciem. No ale łudzę się – bądź co bądź, PO jest partią jakby nie było prawicową, katolicką. Mam nadzieję, może niezbyt silną, ale mam, że może uda im się uniknąć przekrętów? Że może nie będzie tego kolesiostwa? Ech, to brzmi strasznie niestworzenie nawet dla mnie, chronicznego optymisty.

A może zalegalizować to na miarę Urugwaju?

Ech. Sam nie wiem czego się po Platformie spodziewać. A niesmak? Może nie jest jakiś straszny, ale coś we mnie mówi, że coś tu jest nie tak.

“New Romantic” – Recenzja

Tak. Będę krytykiem powieści (“nie zbioru opowiadań!”, jak to kategorycznie stwierdzono przed spotkaniem premierowym) mojego kolegi, znaczy się Michała Zygmunta. Postać nietuzinkowa, to na pewno można o nim powiedzieć, a nie oddaje to nawet procentu tego co trzeba by o nim powiedzieć. Postać niejednorodna, wielokrotnie zmieniała ona swój styl i poglądy – zaliczone subkultury to m.in. metal, depeszowiec i skinhead (były członek Młodzieży Wszechpolskiej i dla równowagi Zielonych) – przynajmniej on tak twierdzi. Ledwo niedoszły Prezydent Miasta Wrocławia z ramienia KW “Gwiazdy we Włosach”. Zdecydowanie niekwestionowany autorytet moralny.

No ale, będąc niezależnym, profesjonalnym i stuprocentowo obiektywnym krytykiem mogę zapewnić, że moja osobista znajomość z tym delikwentem, którego umownie nazwiemy Michasiem, nie ma i nie będzie mieć żadnego wpływu na rzeczową i bezkompromisową krytykę tego nędznego dziełka, które śmie się zwać “powieścią”, nie zasługując nawet na epitet “książka trzeciej kategorii” czy “piąta woda po kisielu dla romansideł Harleqina”, pfy.

To powyżej to oczywiście moja propaganda. Jeżeli chodzi o propagandę promującą, to trzeba przyznać, że jest całkiem nieźle przygotowana. “Zakazana literatura IV RP”, “Pierwsza Polska powieść antykaczyńska”, “powieść wykształciuchów” krzyczą blurby na okładkach książki. Premiera, która odbyła się w REDakcji Krytyki Politycznej była dość mocnym wejściem, głównie za sprawą gości – towarzysza posła Gadzinowskiego i (spóźnionego) Waldemara “Majora” Frydrycha. Po spotkaniu zasłyszałem rozmowę między organizatorami, że akcja “z osobami kontrowersyjnymi” wypaliła. Co prawda nacisk dyskusji padał na aspekt stricte polityczny, albo (w trakcie rozmowy z prowadzącym autora) na bardzo specjalistyczny – ani autor , ani część widowni (mówię za siebie) nie zrozumieliśmy 90% terminów, zapewne polonistyczno-literaturoznawczych, użytych przez prowadzącego, co jednak nie przeszkodziło w prowadzeniu bardzo interesującej dyskusji polityczno światopoglądowej. Było o Frakcji Czerwonej Armii, o tym że Michał Zygmunt nie jest pseudonimem, co zaskoczyło tow. Gadzinowskiego, o pośle Iwińskim (zgryźliwa konwersacja Frydrycha i tow. Gadzinowskiego), a zakończyło się oglądaniem przez część uczestników meczu Polska-Kazachstan lub dyskusją nt. polskiej literatury czy czegoś tam – reszta uczestników w kuchni. Autor był z nami rzecz jasna. Pieklił się, jak te jupitery wyłączyli.

Wracając z Krytyki dzierżyłem już pod pachą własny egzemplarz “New Romantic”, z osobistą odautorską dedykacją “Towarzyszowi Radzieckie-mu w uznaniu zasług”. Zresztą przeczytałem podczas meczu ponad połowę, reszta musiała tydzień mniej więcej poczekać, aż znalazłem czas.

Tak więc, jest to typowe political fiction. Polityczne (i fikcyjne, rzecz jasna) są dwa z trzech opowiadań, a to trzecie (którym zajmę się na końcu), też jakieś tam podłoże polityczne ma. Pierwsze opowiadanie, tytułowe, jest historią morderstw. Oczywiście fabuły nie zdradzę (ha, ha!), ale przyznam, że świat wykreowany przez Michała Zygmunta wciąga. Przełyka się go gładko, ma charakter, bo ja wiem, reportażu z Wysokich Obcasów, szczególnie w przypadku opisów postaci. Człowiek zapomina, że jest to political-fiction.

Nie jestem osobnikiem bardzo oczytanym, zapewne więc wiele aspektów postrzegania tej książki, wiele nawiązań i pastiszów nie dostrzegłem. Nie można jednak przeoczyć chociażby skopiowanych niemal słowo w słowo opisów morderstwa Kaczyńskiego(=JFK) czy rewolty przy pubie Angel (= Christopher Street). Rzecz jasne nie mówię, że książka jest zbudowana z innych rzeczy. Wydaje mi się raczej, że Zygmunt wskazuje na to, że niektóre zjawiska są powtarzalne, wręcz łudząco podobne, co upraszcza do zwykłego historycznego ctrl+c, ctrl+v.

Druga część mówi o przyszłej Polsce. O ile w pierwszej bojówki socjalistyczno-anarchistyczno-gejowskie organizują zamachy, to tu jest Polska, gdzie wsadzanie gejów do obozów koncentracyjnych doprowadza do rewolucji, a następnie do takich wydarzeń, że nawet obecna Młodzież Wszechpolska nie ma takich koszmarów. Premier jako męczennik. Fragmenty materiałów szkolnych z 2034 roku. Wypis z przyszłej wikipedii. Ta część jest stworzona po części w formie bieżącego reportażu dziennikarskiego, po części w formie reportażu historycznego. Bohater jest właściwie obserwatorem, jako dziennikarz zagraniczny, tak więc czytelnik nie utożsamia się z nim bardzo, tym bardziej, że w trakcie pojawiają się inni.

Sam autor powiedział, że jest to w pewnym rozumieniu powieść popularna. Powieść, którą może przełknąć większość społeczeństwa, nie tylko pseudoelity łżeinteligenckich wykształciuchów. Powieść polityczna, pisana przez lewaka. Atakująca prawicę i atakująca lewicę. Może i nawet bardziej niż prawicę. Zygmunt, jak pisze Łukasz Andrzejewski w przedmowie, jest niepoprawnym romantykiem, sam wybiera Westerplatte. Jego postacie są idealistyczne. Misu, bohater pierwszej części może być mylony z autorem – wszak nosi to samo imię, a co ważniejsze, ten sam nick, co obecnie częściej jest poszlaką do utożsamiania niż to samo imię czy nawet (!) nazwisko. Misu nie jest co prawda Zygmuntem, ale idealizm mają wspólny.

Tym na co chciałbym zwrócić szczególną uwagę, jest trzecia część, jak to ujął poseł Gadzinowski, “truptyku, bo trup ściele się tu gęsto”. Zatytułowana mrocznie, tzn. “Strach”. Jest to zdecydowanie najmniej, (a może właśnie przez to najbardziej?) polityczna część. Nie padają tu raczej nazwiska polityków, ba, cały świat zewnętrzny jakby znika. Scena zamyka się do niewielkiego światka szkolno-podwórkowego dorastającego chłopaka, jego wrogów i przyjaciół. Jest wręcz psychologiczna. O fabule tej części opowiem najmniej, bo uważam, że jej zasługuje na najwyższą uwagę każdego i u każdego na świeże podejście. Naprawdę warto ją wchłonąć w siebie. Mówi o naszym świecie wiele, może nawet więcej niż dwie poprzednie części.

Cóż, jak mogę podsumować tę całkowicie niespójną i chaotyczną recenzję?. Nietrudno domyślić się czytelnikowi, że książkę gorąco polecam. Dlaczego nie piszę o jej wadach? Być może jakieś są, ale ja zawsze byłem zdania, że jeżeli książka wciąga i podoba się, to czy warto na siłę szukać luk w stylu, w okładce czy cholera wie w czym? Porządny kawałek, a wręcz mokry, ociekający krwią, potem i w niewielkim stopniu także spermą kawał dobrej literatury. Naprawdę gorąco polecam, literacki nobel dla Zygmunta powinien być postulatem każdej partii startującej w wyborach!

Bo tak…

…by wypadało (chyba?) coś napisać.

Na pewno chyba to jestem chory, a może tylko zmęczony, w końcu środa.

Chciałem coś napisać nt. Przastka, ale z tego zrezygnuję.

Niewiele mi poza tym zostaje. Na głośniku cały czas to samo, od dni paru (? nawet nie pamiętam) . Ciekawi? Tutaj.

Szkoda mi wysiłku i czasu na pisanie o polityce. Realnej. Nadal nie wiem na kogo zagłosuję. Cholera, decyzja pod presją urnową będzie. No cóż. Zobaczymy. Może za bardzo się przejmuję?

Co do polityki wirtualnej, jest lepiej. Wygrałem debatę wyborczą z Magovem, ale on ma żelazny elektorat partyjny, a ja ludzi których mam nadzieję przekonać, że faktycznie jestem lepszy. No cóż, zobaczymy, jak to starcie się skończy.

Wybaczcie taki smętny ton, ale <patrz akapit 2>.

//EDIT: O, zauważyłem, że tagi mi się powtarzają. V-świat i mikronacje. Jutro zdecyduję które usunąć. Teraz pić i spać.

No dobra…

… Morph, przekonałeś mnie ^_^

Jak zwykle nie robię nic. Znaczy obijam się. Lenię i tak dalej. Czy trzeba pisać więcej? A niby powinienem coś robić, np. w związku ze studiami. Tzn. w sumie nie wiele mogę zrobić, bo niewiele wiem. A moje poszukiwanie informacji jest mocno niewydajne. Poza tym olewam obóz zerowy, bo jadę na zjazd. Czy jestem lekkomyślny? I co z tego? :-P

Właśnie, zjazd :-] Fajnie będzie pojechać, parę znajomych gęb, będzie z kim pogadać, komu nawsadzać parę jobów i komu dać w łeb. Niekoniecznie wirtualnie ^_^ <- aha, lubię tę minkę-chinkę :-P Zostało tydzień i parę dni, ale trza by się rozejrzeć za biletem, hm.

Ostatnio z jednej strony moje postrzeganie polityki dochodzi do punktu krytycznego (i ze strony wkur…zenia i ze strony rozbawienia, a jak się zetkną, to sam nie wiem co będzie. Pewnie zapiszę się do Młodzieży Wszechpolskiej.

Wbrew pozorom podobała mi się idea poruszona na LDMW przez parę osób. Ba, byłbym w stanie się w coś takiego faktycznie zaangażować. Panowie, robimy?

Jak to jest, kiedy…

… czuje się potrzebę dodania notki, a nie wiadomo do końca o czym. Cóż, znowu pewnie będzie mnie Kefas ścigał, że nie mam pomysłów i coś podsuwał.

Koalicja się rozpadła. O dziwo, nie czuję niemal żadnej satysfakcji czy zadowolenia. Patrzę ze strachem w przyszłość. Bo gorzej być może, a ja nie widzę żadnej kombinacji która by mogła być sensowna do rządzenia. A to niedobrze dla tego państwa. Cóż. Mam nadzieję, że następna koalicja (przed czy też powyborcza) też odpuści w sprawach gospodarczych. Czy to będzie POLiS, POPiS, POLiD czy inny polip. Czy też PiSLiS, łan more tajm.

Jako że mam około 15 minut na napisanie tej notki, potem mam spotkanie z Wandejczykami. Tak więc, nie przedłużać będę w jej dalszej części. Właśnie. Co do Wandystanu – planuję aktywną działalność, ale na pewno nie można będzie mi zarzucić zarzucenia spraw Morvanu. Moje osobowości wirtualne na pewno nie są jednością, co więcej, miewają problemy z pokojową koegzystencją w jednej osobie. A kilka jeszcze czeka w zapasie. Coś jak scena w Luku Davy’ego Jonesa z 3 Piratów z Karaibów. Utwór w tle nazywa się “Multiple Jack’s” i to najbardziej pasuje do moich v-osobowości. No, może poza tą kozą…

Z innych spraw. Za jakiś czas znów do Krakau. Bardzo, bardzo dobrze. Choć mam pewne obawy co do tego co będzie później – wszak to chyba ostatnie spotkanie na dłuższy czas. Koniec wakacji…  Ech, nie ma co się martwić na zapas.

Czas wbrew pozorom nie płynie tak szybko jak się obawiałem. Ciekawe czy to za sprawą tego co w głośnikach. A to co w głośnikach, to ściągnięte już dość dawno, ale zapomniane i dopiero wczoraj rozpakowane soundtracki ze Shreka Pierwszego i Drugiego. Trzeciego sobie darowałem, bo był już niezbyt. Choć w kinie było fajnie, choć nie do końca za sprawą filmu.

Cóż. Zostało 9 minut do planowanego wyjścia. Wychodzę z 5 minutowym opóźnieniem, aby uniknąć większego opóźnienia. Mam nadzieję że wiele się nie spóźnię. Spotkanie o 15 pod Kolumną Zygmusia.

Znikam, bo jeszcze parę spraw do załatwienia przed wyjściem jest.

Co to ma być, do…

…cholery jasnej, że ktoś mi dyktuje o czym mam pisać? I to jeszcze Tyran i Despota. To godzi w mój socjalizm. A przynajmniej godziłoby, jakbym go miał. Ale godzi w moją lewackość. Errr… też brakuje na składzie. Ale do prawicy, nawet tej pojmowanej wg. jakichś innych niż najpopularniejsze definicje, też mi daleko. Homo apolitykus? Niekoniecznie, bo wiem co mi sie nie podoba, ale nie jestem pewien co by było lepsze. Co więcej, jak zaczynam przenosić się na wyższy pomost rozumowania i nie myślę jak, ale czy. Takie trochę praczetowskie myślenie, że pewne rzeczy dzieją się niezależnie od tego co robimy, a jeżeli będziemy je powstrzymywać, to będą dziać się dalej, tylko w inną stronę, dajmy na to. Czy jakoś tak. No i że trzeba świat wepchnąć w Wiek Niet… XXI. Choćby się kopał i opierał. Kiedyś chciałem być politykiem. Nadal trochę chcę, choć mam wątpliwości.

A co do tych cudnych uzależnień… Oczywiście temat wymyśliłem sam i rewolucyjnie go tu przedstawiam, żeby nie było, że się uginam pod ciężarem łańcuszka.

  • W tym uzależnieniu liter jest, o dziwo, pięć. Jest ono najcięższe i nieuleczalne, przynajmniej nie bez powodowania zgonu pacjenta. Co więcej, jest w stanie pozbawić mnie wszelkich innych uzależnień. Poza tym, że uzależnia, to ma na mnie niezwykle dobroczynny wpływ. Nie narzekam. K-A-S-I-A :-)
  • W tym liter jest więcej. Nie będę udawał, że komputer mnie nie uzależnił, bo spędzam przy nim masę czasu. Trochę się przez to opuściłem w czytaniu. Czytam mniej od czasu jak mam internet. Ale mam też więcej znajomych. Plus czy minus? Dyskusyjne.
  • Książki. W stanie zaniku, acz nadal czytam z prędkością supernowy (bez zbytniego samochwalstwa). Co prawda z jakością jest gorzej, ale cóż. Bywa.
  • Hmmm. Ludzie. Mam naturę indywidualisty i źle się zawsze czułem w towarzystwie. Ostatnio ten objaw się cofa, może przez to że moja v-postać była raczej rubaszno-towarzyska. Zbytnio się wczułem. I dobrze mi z tym.
  • Starczy? Starczy.

Hm. Trochę na wyrost te trzy ostatnie :-P

Co do innych spraw. Jeszcze 4 godziny. Do wyników. I nieco więcej do dwóch tygodni. Czy się denerwuję? Nie-e :-]

No i teraz mam problem jak notkę otagować. Trochę polityki, trochę prowizorki, trochę życia i trochę filozofii. Dam do wszystkich, to będę miał bogatą chmurkę tagów. A co!


Staty

  • 5,343 wejść

 

listopad 2009
P W Ś C P S N
« sie    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Last FM

Ile warty jest ten blog?


My blog is worth $2,822.70.
How much is your blog worth?

MyPersonality

Click to view my Personality Profile page