Wczoraj podjąłem się karkołomnego zadania zagłębienia się w walizy wspomnień co to było, nie było i cholera wie czy było. Trwało to do dzisiaj, z obecną chwilą włącznie, i jeszcze kawałek wprzód (aż nie skończę pisać).
W sumie niewiele z tego było, bo jak wiedzą wszyscy ze mną na czele, pamięć długotrwała trzyma się w paru punktach, a reszta zostaje gdzieś tam daleko z tyłu jako podkład.
Pamiętam to co ważne. Rok temu, o tej porze, nie było fajnie. Nie było dobrze. Nie było nawet spoko. Taka stała deprecha. No cóż, przynajmniej nie zawracałem nikomu głowy i męczyłem się z tym sam. W środku.
I jakoś wtedy zaczęło się to zmieniać, dzięki niej ;-) Przełom był jeden, chyba w październiku, wtedy zmieniło się we mnie wszystko, od góry do dołu. Wtedy naprawdę ją pokochałem, bo nie było to już uczucie takie jak kiedyś. Zmieniło się, na szczęście, dokumentnie.
Potem jeszcze był okres takiej pogodnej rezygnacji wymieszanej z nadzieją, a potem już się nie przejmowałem i żyłem tym na całego ;-) Opłacało się, wygrałem swój los na loterii.
Tak, wiem, nie nadaję się do wspominania. Za mało piszę, za dużo piszę i tak to wychodzi.
Hmmm… w sumie, to jest taka chyba jedna notka w której piszę tak o sobie bezpośrednio, nie? Tak mi się zdaje przynajmniej…



