… czyli więc znaczy się muzyce. Tej obecnej w głośnikach, acz nie tylko.
Ostatnio po powrocie żem był wpadł snoof w słuchanie Kaczmarskiego. Siłą, się żem musiał odrywać do Mozarta i Budki Suflera. I na próżno, bo mnie powróciło. Tekst, czyli to co lubię najbardziej po prostu powalają. Poezja najwyższych lotów. Tylko w sporej części przypadków za pesymistycznie jak dla mnie. Tzn. jak najbardziej lubię właśnie taką poezję, ale to z przyzwyczajenia, bo tak na codnia i wogle nigdy nie miewam pesymizmu. Wręcz przeciwnie. Ale lubię.
Dla ciekawych, czym akurat się tak emocjonuję – “Lament Tytana”, “Hymn”, “Lot Ikara”, “Krzyk” – poza pierwszym kolejność przypadkowa.
OFFTOPIC:
Prawo Kefasa (kolejne do zbioru Murphy’ego) – “Piwo jest w lodówce tylko wtedy gdy się tego absolutnie nie spodziewasz.”




0 Odpowiedzi do “O mussydze…”