Archiwum dla sierpień, 2007

Bagaż doświadczeń pakować trudno

Wczoraj podjąłem się karkołomnego zadania zagłębienia się w walizy wspomnień co to było, nie było i cholera wie czy było. Trwało to do dzisiaj, z obecną chwilą włącznie, i jeszcze kawałek wprzód (aż nie skończę pisać).

W sumie niewiele z tego było, bo jak wiedzą wszyscy ze mną na czele, pamięć długotrwała trzyma się w paru punktach, a reszta zostaje gdzieś tam daleko z tyłu jako podkład.

Pamiętam to co ważne. Rok temu, o tej porze, nie było fajnie. Nie było dobrze. Nie było nawet spoko. Taka stała deprecha. No cóż, przynajmniej nie zawracałem nikomu głowy i męczyłem się z tym sam. W środku.

I jakoś wtedy zaczęło się to zmieniać, dzięki niej ;-) Przełom był jeden, chyba w październiku, wtedy zmieniło się we mnie wszystko, od góry do dołu. Wtedy naprawdę ją pokochałem, bo nie było to już uczucie takie jak kiedyś.  Zmieniło się, na szczęście, dokumentnie.

Potem jeszcze był  okres  takiej pogodnej rezygnacji wymieszanej z nadzieją, a potem już się nie przejmowałem i żyłem tym na całego ;-) Opłacało się, wygrałem swój los na loterii.

Tak, wiem, nie nadaję się do wspominania. Za mało piszę, za dużo piszę i tak to wychodzi.

Hmmm… w sumie, to jest taka chyba jedna notka w której piszę tak o sobie bezpośrednio, nie? Tak mi się zdaje przynajmniej…

Gdzie to jest?

Tu gdzie jestem nie ma uśmiechu. Nie jestem z tego świata. Bo po co?

Nie lubię tramwaju, gdzie jedzie człowiek z żoną i dzieckiem. Dres i agresywne słowa do syna. Usiadł przed matką która nie czuje się dobrze. Patrzy błędnym okiem za okno bez przekonania tuląc dziecko trzymane na kolanach, które boi się odpowiedzieć ojcu. Tutaj się człowiek nie uśmiecha.

Uśmiech uśmierza strach. A tu trzeba być strasznym. Żeby się nie bać.

Albo stanąć bojąc się z boku, przycupnąć w swoim wnętrzu. Patrzeć za okno. Unikać wzroku. Bać się. Ale się udaje unikać. Tego czego się boi.

Nie jestem stąd. Uśmiecham się do starszego pana, który po cichu odsuwa się od siedzącego obok mężczyzny w dresie. Starszy pan patrzy przestraszonym wzrokiem i patrzy za okno. Innego wzroku nie łapię. Patrzą za okno, na buty czy w sufit.

Świat przestraszonych, zmęczonych i szarych ludzi. Nie zawsze. Przebiega dziecko, uśmiechając się do starszej pani, która wygląda jak jego babcia. I ona się uśmiecha.

Wsiada trzech facetów z piwem. Śmieją się i rozmawiają. Matka bierze dziecko na kolana i odwraca się plecami. Uśmiechy zamierają i nikną.

Świat wstydu i strachu i wyczerpania. Nie jestem stąd. Wystarczy przejechać Wisłę. Wysiąść gdzie Ci palma odbiła. Autobus Nowym Światem… innym światem. Ludzie uśmiechają się i rozmawiają. Studenci są różni, kolorowi, młodsi. Ludzie są inni.

Za Wisłą została Praga. Praga w dresie i z agresywnym strachem w oczach. Niecała. Nieabsolutna. Niejednorodnie szara. Ale Praga.

Powrót i coś z dawna…

    Ech. Jestem z powrotem. I wcale mi się to nie podoba ;-)

Kraków jest dla mnie cudownym miejscem. Planty, rynek, Kazimierz… wszystko to łączy się z cudownymi wspomnieniami :-) które jeszcze nie zblakły ;-)

Moje kochanie mnie pogoniło, co bym opisał coś, co mi od dawna chodziło po tym pustym łbie :-P Taka metafora w sumie jedna. Trochę za mało nawet na porządny akapit, ale może coś domyślę w czasie pisania.

Metafora odnosiła się z jednej strony do witraża, a rzeczą metaforyzowaną był związek. To znaczy, tłumacząc z mojego na bełkot, że nie witraż jest jak związek, a związek jak witraż. Otóż w związku, tak jak w witrażu, najważniejsze są te ołowiane ramki. Bez nich nie ma witraża. W związku to miłość, wierność, zaufanie i inne tego typu ważne rzeczy. No, a jeżeli to już mamy, to możemy powstawiać szkiełka, które są piękne i nadają wyraz witrażowi. Ale kształt określają ramki ;-)

Co jest szkiełkami? Hmm. Wszystko to co piękne w związku (nie sugeruję, że wymieniane wcześniej rzeczy nie są piękne, ale nie o tym mowa…) jak wszelkie pocałunki, spacery, randki (ale mi się podoba nasz system kolejności, na pierwszą randkę poszliśmy długo po tym, jak zostaliśmy parą :-D) i takie tam, które zostawiam w domyśle ;-)

No. Wyszły dwa akapity. Jestem z siebie dumny.

Dopiszę jeszcze ostatni mój przebój, który mi gra w duszy…

“Imagine Me and You – I Do.  I fink about you day end night, I’ts only right, to fink about the girl you lof(…)”

Tam gdzie jest zła pisownia – tak napisałem, bo mam to w wykonaniu Lenningrad Cowboys (nie oryginalnej The Turtles) i ta banda Finów tak to właśnie śpiewa…

… zi only one iz me for you end you for me…

… no matter how Dey toss the dice…

… so happy together :-) oby jak najszybciej :-)

Takie tam…

Było to tak, że miłość była w bajkach.
Dla kogoś kto siedział obok i dostawał.
Zawistne koszmary wrzaskiem szukały ujścia.
Miłość była mi jak utracona ziemia
nie dostawałeś jej w zamian
bolesny cios. Szyderczy kwaśny deszcz.

Zobaczyłem twarz.

Jeśli rzecz jest utracona,
to znaczy że w końcu
ją odnajdujesz.

(dedykacja dla Morpheusa. Inspiracja – Smash Mouth)

Pieniądze, grafika i inne

Tytuł jak u Kefasa. Nie poradzę.

Pieniądze stąd, że napadł mnie pomysł policzenia ile drobnych mam w skarbonce. Fajna jest, takie pudełko od czekoladek kupione na promie Calais-Dover. W kształcie budki telefonicznej. Wyniki były imponujące, nawet dla mnie – spodziewałem się mniej, bo czasami wyjmuję te najgrubsze monety (5, 2 i 1)  żeby mieć coś przy sobie. No ale…

Postanowiłem wpisać to w arkusz kalkulacyjny dla łatwiejszego liczenia. Nawet sobie wstawiłem ciężar monet, jako bajerek. Wyniki – 655 monet, wartych łącznie 267,25 zł i o łącznej wadze 2116,93 gramów. Imponujące, nie?

Co do grafiki – Khandzik mi zrobił smaka na grafikę wektorową.  Ściągnąłem program, może mi się uda oderwać wreszcie od painta. Zobaczymy.

W kwestii komunikatora – zainstalowałem konnekta. Zobaczymy. Też.

W kwestii dalszych planów – o błogosławieństwo, znów się trafiła okazja i znów wyjeżdżam do Krakowa. Jak dobrze i miło.

W kwestii zakończenia tej notki – dobranoc.

Jak to jest, kiedy…

… czuje się potrzebę dodania notki, a nie wiadomo do końca o czym. Cóż, znowu pewnie będzie mnie Kefas ścigał, że nie mam pomysłów i coś podsuwał.

Koalicja się rozpadła. O dziwo, nie czuję niemal żadnej satysfakcji czy zadowolenia. Patrzę ze strachem w przyszłość. Bo gorzej być może, a ja nie widzę żadnej kombinacji która by mogła być sensowna do rządzenia. A to niedobrze dla tego państwa. Cóż. Mam nadzieję, że następna koalicja (przed czy też powyborcza) też odpuści w sprawach gospodarczych. Czy to będzie POLiS, POPiS, POLiD czy inny polip. Czy też PiSLiS, łan more tajm.

Jako że mam około 15 minut na napisanie tej notki, potem mam spotkanie z Wandejczykami. Tak więc, nie przedłużać będę w jej dalszej części. Właśnie. Co do Wandystanu – planuję aktywną działalność, ale na pewno nie można będzie mi zarzucić zarzucenia spraw Morvanu. Moje osobowości wirtualne na pewno nie są jednością, co więcej, miewają problemy z pokojową koegzystencją w jednej osobie. A kilka jeszcze czeka w zapasie. Coś jak scena w Luku Davy’ego Jonesa z 3 Piratów z Karaibów. Utwór w tle nazywa się “Multiple Jack’s” i to najbardziej pasuje do moich v-osobowości. No, może poza tą kozą…

Z innych spraw. Za jakiś czas znów do Krakau. Bardzo, bardzo dobrze. Choć mam pewne obawy co do tego co będzie później – wszak to chyba ostatnie spotkanie na dłuższy czas. Koniec wakacji…  Ech, nie ma co się martwić na zapas.

Czas wbrew pozorom nie płynie tak szybko jak się obawiałem. Ciekawe czy to za sprawą tego co w głośnikach. A to co w głośnikach, to ściągnięte już dość dawno, ale zapomniane i dopiero wczoraj rozpakowane soundtracki ze Shreka Pierwszego i Drugiego. Trzeciego sobie darowałem, bo był już niezbyt. Choć w kinie było fajnie, choć nie do końca za sprawą filmu.

Cóż. Zostało 9 minut do planowanego wyjścia. Wychodzę z 5 minutowym opóźnieniem, aby uniknąć większego opóźnienia. Mam nadzieję że wiele się nie spóźnię. Spotkanie o 15 pod Kolumną Zygmusia.

Znikam, bo jeszcze parę spraw do załatwienia przed wyjściem jest.

O mussydze…

… czyli więc znaczy się muzyce. Tej obecnej w głośnikach, acz nie tylko.

Ostatnio po powrocie żem był wpadł snoof w słuchanie Kaczmarskiego. Siłą, się żem musiał odrywać do Mozarta i Budki Suflera. I na próżno, bo mnie powróciło. Tekst, czyli to co lubię najbardziej po prostu powalają. Poezja najwyższych lotów. Tylko w sporej części przypadków za pesymistycznie jak dla mnie. Tzn. jak najbardziej lubię właśnie taką poezję, ale to z przyzwyczajenia, bo tak na codnia i wogle nigdy nie miewam pesymizmu. Wręcz przeciwnie. Ale lubię.

Dla ciekawych, czym akurat się tak emocjonuję – “Lament Tytana”,  “Hymn”, “Lot Ikara”, “Krzyk” – poza pierwszym kolejność przypadkowa.

OFFTOPIC:

Prawo Kefasa (kolejne do zbioru Murphy’ego) – “Piwo jest w lodówce tylko wtedy gdy się tego absolutnie nie spodziewasz.”

Przyczynek do teorii upadku Sarmacji

Tytuł jest boski, nie? Brzmi mi to bardzo czekańskojęzycznie (Hej, RCA! Kiedy zostaniesz Księciem Sarmacji?), acz nie mogę odmówić mu silnych wpływów rajńskich i teorii Kaworunagisizmu (że aż zacytuję “Sarmacja jest zła. Nie jest PRAWDZIWĄ mikronacją. Ja zrobię lepszą. E, nie, ludzie mi przyszli źli, zrobię następną, jeszcze lepszą. Ale tamta też jest moja, tylko moja! Nie doceniacie mojego artystycznego talentu!”) – zresztą tak jak i reszcie tekstu. Dedykuję go Jego Świętobliwości Kefasowi, oby żył wiecznie.

Dobra. Od razu powiem, że teorię mam w głowie, a że jest ona (głowa, nie teoria) trochę nie poukładana, jej logiczność (teorii, nie głowy) ewentualnie może zostać zaszwankowana przekładem z mojego na p0lski. Cóż, w końcu jestem geniuszem i nie macie możliwości pojąć choćby połowy z tego co mój nieomylny mózg wyprodukuje. I to na jałowym biegu.

Dobra, zaczynam. Więc co jest nie tak z Sarmacją? Tu powinienem napisać, że na pozór nic po czym “odkryć rzeczy oczywiste”. Nie zrobię tego i powiem wprost – kolejne inkorporacje, odpływ (nie będę się rozwodził, czy wymuszony czy nie) tych, którzy stanowili zawsze prawdziwą opozycję, spadek poziomu wypowiedzi, widoczny głównie w “nowej” prasie, szołtboksie i na LDKS (Nie wiem jak na forum, bo od paru miesięcy przestałem bywać) , kolejne inkorporacje – nie kryjmy się, żenujące porównując je z inkorporacją Teutonią i uniami z Wandystanem i Baridasem.

Trizondal, Sclavinia, Lo(l)ardia. Trzy kolejne inkorporacj, które pogrążają Sarmację w fali oskarżeń z różnych stron. Jedni biadolą, inni się śmieją. Ale w mojej opinii jest to tylko jedna z przyczyn.

Problem polega na tym, że Sarmacja, konsekwentnie do powtarzanych od dawna deklaracji Księcia i rządów (głównie SPD) coraz bardziej zmniejsza odsiew ludzi, którzy się wprowadzają, żeby po paru dniach czy tygodniach zniknąć. Sarmacja jest prostsza, zawsze znajdziesz kogoś kto Ci pomoże, nie musisz samemu się wczuwać i obcykać sytuacji, bo dostaniesz pomoc, choćby od SPD która poprowadzi Cię za rączkę. Po drodze przez wszystkie urny, ale mniejsza o to.

W związku z tym, że prościej jest zostać Sarmatą, niestety obniżył się ich poziom, co do pewnego stopnia wiąże się z obniżeniem średniej wieku (co jednak nie jest stałą zasadą – w wielu przypadkach nie należy wiązać wieku z poziomem wypowiedzi).

I tak pogoń za coraz większą populacją sprawia, że jej poziom spada na łeb, na szyję. Kiedy ja zaczynałem, pierwsze trzy miesiące poświęciłem czystej obserwacji Sarmacji. Czasem coś skomentowałem w BS i tyle. Dopiero, jak poznałem trochę ten świat, to wciągnąłem się naprawdę. Odkryłem to COŚ.

Dlatego uważam, że mikronacja nie powinna być otwarta na wszystkich. Ci którzy umieją sobie poradzić z samodzielnym wejściem w v-świat, z niewielką podbudową np. IES są warci być mieszkańcami. Jeżeli nie – nie sądzę, żeby z takich ludzi był duży pożytek. Jeżeli ktoś sam nie ma np. dostatecznej wyobraźni, żeby wczuć się w taki świat, to mu się tej wyobraźni nie implantuje. Jeżeli ktoś jest tzw. “neokidsem”, to żadnej korzyści z wciągnięcia do Sarmacji nie odniesie ani on, ani Sarmacja.

Niestety, wiele czynników się sprzęgło, co doprowadziło właśnie do obecnej sytuacji. Otwarcie Sarmacji na nowych promowane przez Księcia, wciąganie ludzi jako darmowej siły wyborczej przez SPD, seria kompromitujących inkorporacji yoyonacji i państwa forumowego…

Możliwe, że Sarmacja się zmienia, bo zmienia się świat, Polska, internet i cholera wie co jeszcze, możliwe, że tego nie można powstrzymać. Bywa. Czasami najlepiej jest być pokonanym… (i tu kolejne pozdrowienia dla Kefasa, Sojusznika Sami_Wiecie_Kogo :-P)

Chyba tyle. Wiem, że mogło wyjść alogicznie, nieprzekonywująco, co nieco bełkotliwie i tak dalej, ale nieważne :-P

Powrócony

Wróciłem z tego wyjazdu, mocno zły. Że wróciłem, bo ja tam chcę zostać na zawsze. Może i odległość pozwala budować dystans i inne chujemuje, ale dystansu, to ja mam za dużo. Chcę go skracać.

Kurcze, parę godzin i już tęsknię jakby mnie tam wogle nie było. Jak odjeżdżałem to kląłem nie zgadniecie na co. Na ten świat, który niby ukształtowaliśmy, żeby nam był pomocny, a tak naprawdę to wiele rzeczy nam utrudnia. Zawiodłem się na cywilizacji, można by powiedzieć. Napisałem wiersz nawet o tym, acz to nie miejsce na moje marne publikacje.

Coż, takie życie.

Ale za dwa tygodnie pewnie pojadę do Krakau, żeby znów być z Nią. To nastawia optymistycznie.


Staty

  • 5,377 wejść

 

sierpień 2007
P W Ś C P S N
« lip   wrz »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Last FM

Ile warty jest ten blog?


My blog is worth $2,822.70.
How much is your blog worth?

MyPersonality

Click to view my Personality Profile page